Zakochujemy się w niewłaściwych ludziach, jak świat długi i szeroki pełen jest związków robionych na siłę, pełen par, które do siebie nie pasują i – cholera wie czemu – trwają w tym niedopasowaniu. Pełen jest wreszcie małżeństw, które nie zasługują, by je małżeństwami nazywać.
Gdyby jeszcze chodziło o szukanie ideału i prawdziwej, jedynej miłości. Gdyby ludzie byli na tyle odważni, żeby się temu poświęcić, żeby z tego, najważniejszego przecież elementu życia zrobić coś, co rzeczywiście będzie ważne. Ale nie. Dawno już nam się odechciało, a żeby zmazać z twarzy grymas porażki, wymyśliliśmy, że coś takiego nie istnieje. Że nie ma miłości szczęśliwej, że głupcy tylko jej szukają, że nie znajdą.
W tym roku na cmentarzach królują leginsy, ilustrując odwieczny problem przyczyny i celu. Przyczyna jest prosta, chcemy się podobać, nie wolno za to nikogo winić. Cel z kolei mglisty. Wszystko byłoby w porządku, gdyby chodziło o pobudzenie zmarłych – niestety, nawet najzgrabniejsze pośladki na świecie nie podniosą nikogo z grobu. Nie słyszano też, aby drinki wychylane ze zniczy pomogły komuś, kto już nie żyje – a i żywym pomagają średnio. Tradycja zresztą, nomen omen, umiera, bo z dzisiejszych zniczy pić trudno, nie dają też tyle ciepła, co świeczki wbijane dawniej prosto w uświęconą ziemię.
1 listopada świętują ci, którzy rzeczywiście mają powód do świętowania – mamy przecież bal wszystkich Świętych. Dwa dni wcześniej świętują żywi, coraz huczniej adaptując amerykański zwyczaj. I tylko ci, o których zapomniano, są zapomniani nadal, ktoś jeszcze w ogóle wie, co to dzień zaduszny?
Po raz pierwszy pojawiła się w rozmowie z Hankiem w Kalifornii, kiedy przekazywał mi swoje dziedzictwo. Potem mówił o niej Przemek, chcąc, bym tu w Polsce obsypał go Kalifornią.
Na Dzień Dziecka opublikowaliśmy jej pierwszy fragment, potem drugi, kilka dni później zaczął się konkurs. Nawet przy okazji Mistrzostw nie potrafiliśmy o niej zapomnieć.
Książka Hanka, Hank w Polsce, polska w Kalifornii. Poleciałem tam, przywiozłem ją tutaj. Hank się spił, potem spiliśmy się razem, spotkałem Karen i Beccę, obudziliśmy na chwilę Lew Ashby’ego świętowaliśmy z Charliem i Marcy.
Wszystko to nic, mały wycinek świata, w którym, jak mówił Hank, coraz trudniej cokolwiek odnaleźć. Dobrze, że można znaleźć książkę. Szukajcie jej zatem, bo ona (on) szuka Was.W Empikach, w Merlinie, w księgarniach, wreszcie – tu na blogu. Cena z okładki, przesyłka gratis.Hank Moody.
„Bóg nas nienawidzi”
Książka, która przemienia.
Henryk Klima: Jak leci?
Hank Moody: Jak struś, kolego. Jak struś albo czołg.
Ostatnio latano czołgiem.
Hank: Gdzie, przepraszam?
W „Drużynie A”.
Hank: No widzisz, skoro takie rzeczy się dzieją, nie mogę być spokojny.
Wiesz, ludzie myślą, że masz dobre życie.
Hank: Nikt nie ma. Właściwie nie umiem znaleźć na to sposobu. Uważam, że mam gorzej niż więzień z dożywociem, niż głodujący człowiek w jakichś pieprzonych Chinach.
Wybacz, ale teraz pieprzysz od rzeczy.
Pierwsze na świecie społeczeństwo – tak mocarne, że mieściło się przy jednym ognisku – miało naturę zbieracko wędrowną. Nic się w tym względzie nie zmieniło.
To pierwsze plemię poruszało się w jakimś tam promieniu od swego obozowiska. Wędrowali ile pozwoliły nogi. A my? Jeździmy, czołgamy się i człapiemy do roboty, z roboty, do kochanki na innym osiedlu, centrum handlowego po mleko i bułkę, wreszcie do kina, żeby wypalić sobie resztki tego, co zostało nam z mózgów. Przebywamy, dzięki prostym wynalazkom jak tramwaj lub dzika taksówka (czy ktoś jeszcze jeździ normalnymi?) obszar podobny lub większy, co pierwsze zeżarte przez mrok dziejów plemię zbierackie.
Wyprawa do Ameryki nie mieści się w głowie, wtedy już Księżyc był bliżej.
Świat jest przecież jak dżungla, step, pełen miodu i dzikich zwierząt.
Zbieramy, jako i oni.
Zbieramy się co rano do roboty (ja szczęściem tego nie czynię), żłopiąc lurę w kubku, całując brzydkie żony i szarpiąc bachory za zawszone kudły, niby po przyjacielsku.









