Maja szaleje od tygodnia z kawałkiem, nie sposób rozpoznać przyczyny. Myślałem, że chodzi o szkołę, ale nie – dramat rozbija się o wolność, wolności jej odmówiono. Siedź i ryj w książkach, dziewczyno.
To dramat nastolatka, nastoletniość to najnieszczęśliwszy okres życia. Znasz już wagę czynów, przynajmniej przeczuwasz, ale dostajesz tylko smutną stronę dorosłości.
Musisz się uczyć i ponieść konsekwencje niedouczenia.
Sprzątać, podlewać jakieś kwiaty zasrane, a jeśli coś spieprzysz, wcale nie pójdziesz do kąta. Dostaniesz karę niejasną, uwikłaną w poczucie winy. Zły wzrok, docinki. Ale nie wolno ci się pieprzyć ani nachlać w trupa.
Przyznam: Maja radzi sobie jak umie.
Oczywiście, zaraz wezwano mnie na pomoc, nie umiałem pojąć czemu, równie dobrze krokodyl nadaje się do pocieszania owiec, Hank do odciągania Charliego od dziwek i wódki. Dzwoniły do mnie na przemian, Maja i matka. Stawiłem się, poszedłem na górę.
W obliczu wielkich tragedii serce kruszeje; zaraz potem, jakby zawstydzone, wskakuje w buty kpiny lub pyskówki.
Tydzień milczałem. Słowa szybko znalazłem, nie wiedziałem komu mam je wręczyć.
Bo żal wszystkich, zwyczajnie i po ludzku: polityków, żołnierzy, ochrony, ślicznych stewardes, choć może nie ich właśnie. Zniknęli za horyzontem, przepadli w wielką ciemność. Tam cisza. Pozostawili bliskich w rozpaczy, niepewności jutra, roztrzęsieniu. Szczęściem-nieszczęsicem ku mężom i żonom ofiar, ku dzieciom, szwagrom, wujom i przyjaciołom biegną ludzie dobrej woli, że tak powiem, znajdują czas i właściwe słowo, czasem wywleką na terapię przed kamerami. Nie ma zgody na samotność, żucie bólu po cichu. Ludzie są, pomogą. Rodzina trzyma się razem.
Hank to ma. Codziennie umiera i zmartwychwstaje.
Knajpa po knajpie, akurat czternaście, aż kona, przybity do butelki. O poranku dwie niewiasty wędrują do jego łóżka, by znaleźć tylko puste prześcieradło. Hank jęczy na klopie lub trzęsie się nad zlewem z klinem zamiast gwoździa; już, zaraz niewiasty polecą na miasto głosić szczęsną nowinę. Chłop znów na chodzie, nawet wyprężony.
A ja to co?
W Noc Wielką moje jamy są zamknięte, nikt nie udzieli mi schronienia.
Najpierw byłem u mamy. Ta nie dostrzegła, że jestem dużym chłopcem, pytała wciąż i na nowo: czy śpię, czy jem, zmacała mi spodnie, bo powinienem nosić gacie w taki chłód. Modlitwa, jajko. Żebyś, synku, kogoś sobie znalazł. O wnuku nie zapomniał. Pieniędzy też, słoneczko. Obejmuje jej kurche ciało, nie mogę powiedzieć prawdy, nie temu staremu sercu. Rysy zmieniają się w pęknięcia. Trochę wina. Przestałem się trząść.
U ojca zupełnie świecko. Mała, piszcząca żonka donosiła nam wędlin. Ojcu porobiły się bruzdy na twarzy. Takie życie, słabną te nasze części, które najbardziej ucierpiały. U matki serducho, u ojca skóra na pysku. Przywlókł whisky z barku, próbowałem rozmawiać. Jak się masz, tato. Jak głowa i stawy. Tylko mrużył oczy, oblizywał się jak po słodkościach, wreszcie żona zaciągnęła go do łóżka, ściętego przez trzy kwadranse.
Co robić, poszedłem.
Jesteśmy niewolnikami żądzy; nawet jeśli prowadzi nas w kabałę.
Zwłaszcza wtedy.
Z piątku nic nie wyszło, Majka dobijała się od środy na komórkę i maila. Poczty nie sprawdzam, telefon wyłączam, jednak mnie dopadła. Przyjdź i bądź we mnie, bądź królestwo twoje. Słowo ciałem się staje, więc mów, dziewczyno.
No to powiedziała: przyjdź do mnie.
Majka ma pokój, w którym widziałbym inżyniera geodetę albo producenta spluwaczek. Komputer, regał z którego wymieciono książki, za to cała masa tanich filmów z gazet. Otworzyłem dziewczynę jak książkę.
Tylko zaraz szur szur na dole.
Musicie wiedzieć, że Majka zajmuje dom piętrowy.
Co tam tak szura, wyjęczałem między jej piersi.
A Majka na to, że matka. I zaraz ściągnęła mi spodnie.









