2010 Kwiecień | Bóg nas nienawidzi

Maja szaleje od tygodnia z kawałkiem, nie sposób rozpoznać przyczyny. Myślałem, że chodzi o szkołę, ale nie – dramat rozbija się o wolność, wolności jej odmówiono. Siedź i ryj w książkach, dziewczyno.

To dramat nastolatka, nastoletniość to najnieszczęśliwszy okres życia. Znasz już wagę czynów, przynajmniej przeczuwasz, ale dostajesz tylko smutną stronę dorosłości.

Musisz się uczyć i ponieść konsekwencje niedouczenia.

Sprzątać, podlewać jakieś kwiaty zasrane, a jeśli coś spieprzysz, wcale nie pójdziesz do kąta. Dostaniesz karę niejasną, uwikłaną  w poczucie winy. Zły wzrok, docinki.  Ale nie wolno ci się pieprzyć ani nachlać w trupa.

Przyznam: Maja radzi sobie jak umie.

Oczywiście, zaraz wezwano mnie na pomoc, nie umiałem pojąć czemu, równie dobrze krokodyl nadaje się do pocieszania owiec, Hank do odciągania Charliego od dziwek i wódki. Dzwoniły do mnie na przemian, Maja i matka. Stawiłem się, poszedłem na górę.

…czytaj dalej notkę "Gwiazdo, galaktyko"



W obliczu wielkich tragedii serce kruszeje; zaraz potem, jakby zawstydzone, wskakuje w buty kpiny lub pyskówki.

Tydzień  milczałem. Słowa szybko znalazłem, nie wiedziałem komu mam je wręczyć.

Bo żal wszystkich, zwyczajnie i po ludzku: polityków, żołnierzy, ochrony, ślicznych stewardes, choć może nie ich właśnie. Zniknęli za horyzontem, przepadli w wielką ciemność. Tam cisza. Pozostawili bliskich w rozpaczy, niepewności jutra, roztrzęsieniu. Szczęściem-nieszczęsicem ku mężom i żonom ofiar, ku dzieciom, szwagrom, wujom i przyjaciołom biegną ludzie dobrej woli, że tak powiem, znajdują czas i właściwe słowo, czasem wywleką na terapię przed kamerami. Nie ma zgody na samotność, żucie bólu po cichu. Ludzie są, pomogą. Rodzina trzyma się razem.

…czytaj dalej notkę "Milczenie pod Smoleńskiem"

Hank to ma. Codziennie umiera i zmartwychwstaje.

Knajpa po knajpie, akurat czternaście, aż kona, przybity do butelki. O poranku dwie niewiasty wędrują do jego łóżka, by znaleźć tylko puste prześcieradło. Hank jęczy na klopie lub trzęsie się nad zlewem z klinem zamiast gwoździa; już, zaraz niewiasty polecą na miasto głosić szczęsną nowinę. Chłop znów na chodzie, nawet wyprężony.

A ja to co?

W Noc Wielką moje jamy są zamknięte, nikt nie udzieli mi schronienia.

Najpierw byłem u mamy. Ta nie dostrzegła, że jestem dużym chłopcem, pytała wciąż i na nowo: czy śpię, czy jem, zmacała mi spodnie, bo powinienem nosić gacie w taki chłód. Modlitwa, jajko. Żebyś, synku, kogoś sobie znalazł. O wnuku nie zapomniał. Pieniędzy też, słoneczko. Obejmuje jej kurche ciało, nie mogę powiedzieć prawdy, nie temu staremu sercu. Rysy zmieniają się w pęknięcia. Trochę wina. Przestałem się trząść.

U ojca zupełnie świecko. Mała, piszcząca żonka donosiła nam wędlin. Ojcu porobiły się bruzdy na twarzy. Takie życie, słabną  te nasze części, które najbardziej ucierpiały. U matki serducho, u ojca skóra na pysku. Przywlókł whisky z barku, próbowałem rozmawiać. Jak się masz, tato. Jak głowa i stawy. Tylko mrużył oczy, oblizywał się jak po słodkościach, wreszcie żona zaciągnęła go do łóżka, ściętego przez trzy kwadranse.

Co robić, poszedłem.

…czytaj dalej notkę "Noc Wielka"

Jesteśmy niewolnikami żądzy; nawet jeśli prowadzi nas w kabałę.

Zwłaszcza wtedy.

Z piątku nic nie wyszło, Majka dobijała się od środy na komórkę  i maila. Poczty nie sprawdzam, telefon wyłączam, jednak mnie dopadła. Przyjdź i bądź we mnie, bądź królestwo twoje. Słowo ciałem się staje, więc mów, dziewczyno.

No to powiedziała: przyjdź do mnie.

Majka ma pokój, w którym widziałbym inżyniera geodetę albo producenta spluwaczek. Komputer, regał z którego wymieciono książki, za to cała masa tanich filmów z gazet. Otworzyłem dziewczynę jak książkę.

Tylko zaraz szur szur na dole.

Musicie wiedzieć, że Majka zajmuje dom piętrowy.

Co tam tak szura, wyjęczałem między jej piersi.

A Majka na to, że matka. I zaraz ściągnęła mi spodnie.

…czytaj dalej notkę "I nie wódź nas na pokuszenie…"