2010 Sierpień | Bóg nas nienawidzi

Los Angeles przypomina potwora Frankensteina; miasto pozszywano ze snów, niepodobnych sobie dzielnic, tchnięto pozór życia.

Nie zobaczyłem słynnej plaży bladzi i kulturystów. Krążyliśmy godzinę w poszukiwaniu miejsca do parkowania. Daleki Pacyfik tylko mrugnął do mnie zielonkawym okiem.

W Hollywood pijany Hank próbował wydrapać swoje nazwisko na jednej z wolnych gwiazd na chodniku. Ledwo go odciągnąłem, powlekliśmy się dalej, a ja nabrałem przekonania, że ludzie w Fabryce Snów na zmianę palą zioło i robią sobie tatuaże. Tylko to tu znajdziesz, sklep po sklepie: lufa, bongo, salon tatuażu, tak w kółko, przez całą ulicę.

Amerykanie są dumni ze swoich synów. Co drugi chwali się, że pociecha została trepem. Świadczą o tym koszulki, napisy na zderzakach, czapeczki. „Pójście w kamasze pomyliło się im z wniebowstąpieniem”, rzekł mi Hank. „Do czasu. Wystarczy, że chłopak zginie w Iraku czy Afganistanie, a rodzic, ten sam, który teraz pęka z dumy, będzie przeklinał wszystkich, od sierżanta do prezydenta. Żołnierz tutaj zwyczajnie nie może umrzeć. Martwy jest osobliwością, jak ciele o dwóch głowach.”

Pokrzepiony tą myślą, poszedłem pić.

…czytaj dalej notkę "USA. Trzeci dzień z Hankiem"



Lot do Ameryki to koszmar na jawie.

Wolałbym ghule wypełzające z podmokniętych grobów, szaleńca z siekierą, zrzut napalmu i zjazd zielonoświątkowców naraz, niż te kilkanaście godzin bez papierosa. Wreszcie wysiadłem, sunąłem przez odprawę, owładnięty myślą o szlugu; ten był mi zbawcą i Chrystusem w koronie.

Imigration facet zapytał po co jadę, zabrał odciski i cały czas patrzył z ukosa, jakby próbował dopatrzeć się we mnie jakiejś nieprawości. Odliczałem sekundy, podskakiwałem i drapałem się w tyłek, wreszcie, oddał paszport, welcome to united states, a ja pognałem między kolorowych pasażerów, byle na zewnątrz, byle do malboraska.

Kurząc na postoju połapałem się, że nigdzie nie ma Hanka.

…czytaj dalej notkę "USA. Dzień pierwszy"

Przygotowania do podróży napełniają mnie bezbrzeżnym smutkiem i idę o zakład, że ludzie podróżują jedynie po to, żeby się nad sobą poużalać. Obiecałem sobie nie brać bagażu, teraz rozumiem, że nie mogłem inaczej. Identyczne spodnie i koszulki. Skarpetki nie do pary. I rzeczy ulotne. Książki, filmy, zdjęcia.

Gdybym zastał dom w ogniu, mógłbym spokojnie patrzeć jak płonie.

Ludzie na czas wyjazdu montują poczwórne zamki, kłaniają się czujnemu oku sąsiada, wynajmują firmy ochroniarskie, kupują dzikie psy do ogródka. Byle tylko nie dać się okraść. Żeby nic nie stracić. Nie umiałbym w ten sposób, choćby moją zaczarowaną chatę zapełnić wielkimi telewizorami i innym elektronicznym majstersztykiem. A przecież pragnę mieć.

W rzeczach drzemią chwile i złośliwości.

…czytaj dalej notkę "Ostatni dzień przed wylotem"

Nie mam pojęcia co wziąć do Kalifornii.

Ostatnim razem wziąłem polską wódkę; mieli tam tego na kopy. Mógłbym błysnąć z kiełbasą, ale nikt nigdy nie widział Hanka by coś wcinał. Książek nie zabiorę bo będą się śmiali. Muzyki także Polak nie wymyślił. Kino? Każą mi zeżreć filmotekę Zanussiego. Biorę więc spodnie na tyłek, koszulę, kurtkę oraz nadzieję, że dziewczyny się nie dowiedzą.

Zabrałem Filipa na lody. Siedzieliśmy w ogródku poniemieckiego rynku, okna lombardów, ciucholandów i sklpeów z dopalaczami utkwiły w nas złowrogie spojrzenia. Powiedziałem mu, że jadę. Liczyłem na coś w stylu: nie jedź tatusiu. A on tylko: aha.

I wcina borówkowe.

Nie martwisz się, że jadę?

„Już pojechałeś. Teraz przyjechałeś. No” uniósł głowę znad pucharka „co mi przywieziesz?”.

Głos dziecka, a ton dorosłego.

Nie wiem. Może smoka?

„Nie! Mam smoka!”.

To wielki samochód. Większy niż ten Hanka.

Też niedobrze.

…czytaj dalej notkę "Filip. Kilka dni przed wylotem"

Podsumowanie

Nadchodzi czas zmian i wielokrotnych orgazmów: już wkrótce wasze życia zostaną wyniesione na najwyższy poziom, tym samym moje własne stanie się nie do zniesienia. No bo kto by tego chciał: spotkania, wyjazdy, ciepła whisky, ogolone łono?

Jeszcze tylko kilka tygodni pozostało do dnia, w którym świat, jaki znacie, przeminie. Polska na chwilę zbliży się do Kalifornii, bo oto Bóg w swej hojności zsyła nam Hanka. Jego książka już niedługo będzie waszą książką, a tym samym każdy z was dostanie cząstkę tego wspaniałego gościa. Przed wszystkim: każda z was. Aż mnie ciarki przechodzą.

Poniższy tekst podsumowuje i podaje linki do wszystkich najważniejszych tekstów tego bloga; jest to droga na skróty przez ostatnie miesiące, które prowadzą do najważniejszego: na dniach lecę do Hanka, do Kalifornii, a wy lecicie ze mną. A potem wydajemy „Bóg nas nienawidzi”. Szczegóły w ostatnich akapitach.

Podsumujmy zatem.

Hanka Moody’ego znacie z telewizji i Internetu, choć pewnie nie tylko. Każdy sposób, żeby go znać i czcić, jest mu wyjątkowo miły. Ja poznałem go w barze w Kalifornii, mówią, że pierwszego razu nie zapomina się nigdy. To było źródło i wielki wybuch, gdyby mi wtedy nie nabazgrolił na studolarówce, nie byłoby ani tego bloga, ani tej książki.

…czytaj dalej notkę "Podsumowanie"