Pierwsze na świecie społeczeństwo – tak mocarne, że mieściło się przy jednym ognisku – miało naturę zbieracko wędrowną. Nic się w tym względzie nie zmieniło.
To pierwsze plemię poruszało się w jakimś tam promieniu od swego obozowiska. Wędrowali ile pozwoliły nogi. A my? Jeździmy, czołgamy się i człapiemy do roboty, z roboty, do kochanki na innym osiedlu, centrum handlowego po mleko i bułkę, wreszcie do kina, żeby wypalić sobie resztki tego, co zostało nam z mózgów. Przebywamy, dzięki prostym wynalazkom jak tramwaj lub dzika taksówka (czy ktoś jeszcze jeździ normalnymi?) obszar podobny lub większy, co pierwsze zeżarte przez mrok dziejów plemię zbierackie.
Wyprawa do Ameryki nie mieści się w głowie, wtedy już Księżyc był bliżej.
Świat jest przecież jak dżungla, step, pełen miodu i dzikich zwierząt.
Zbieramy, jako i oni.
Zbieramy się co rano do roboty (ja szczęściem tego nie czynię), żłopiąc lurę w kubku, całując brzydkie żony i szarpiąc bachory za zawszone kudły, niby po przyjacielsku.
W noc przed wylotem Hank zaprosił mnie na balangę. Przynajmniej tak powiedział, a znając go mogłem spodziewać się czegokolwiek. Dziwki tarzające się w kisielu z procentami. Ogolone szympansy. Stado holenderskich pomywaczy przebranych za pomywaczy z Danii. Wynajęty pałac. Książę Karol. Wiecie, o co mi chodzi.
Powitał mnie w mieszkaniu pustym, lecz cokolwiek rozpierdzielonym. Siedział przy stole, jako tako ogarnięty i ściskał butelczynę. Pełną. A sądząc po jego oczach, siła, która powstrzymała go od rozpoczęcia beze mnie, rozwarłaby na nowo Morze Czerwone i uczyniła z Marcy dożywotniego prezydenta.
„Zamówimy pizzę, jeśli jesteś głodny. Nie sądzisz, że to dobry pomysł na wieczór?”
„Tak, jeśli nie ściśniesz mnie za jaja”.
Zmrużył oczy, jakby rzeczywiście to rozważał.
„Czemu tu przyjechałeś?”
Pamiętacie tragiczną historię Tytusa Andronikusa?
Facet pomścił swoje krzywdy karmiąc morderców potrawką z ich dzieci. Jakie to greckie. Amerykańskie – także.
Hank długo prosił mnie, abym został. Góry złota obiecał, cztery rzeki whisky i cycki silikonowe. „Rok nie minie, a zostaniesz nowym Pynchonem, Danem Brownem, Palachniukiem”. Odpowiedziałem, że nie umiem pisać po angielsku. Odrzekł.
„Nie szkodzi. Amerykanie nie umieją już czytać”.
Trwałem w swoim postanowieniu, aż wydawało się, że odpuści. Urządził kolację pożegnalną. Dymiało mięso, wino lało się galonami, przyszła Karen i Charlie ze smerfetką. Danie główne robiło wrażenie. Tłuste owoce morza, grillowane warzywa, cała góra tego. Jadłem, aż uszy mi się trzęsły, było bardzo wesoło, tylko Hank nie odrywał ode mnie wzroku. Miał minę chłopca, który narobił do roztworów w pracowni chemicznej i teraz czeka co będzie. Jadłem coraz wolniej, przeczuwając spisek. Nie mogłem stwierdzić o cóż mu chodzi – krewetki były po prostu pyszne. Wyczyściłem półmisek. Wtedy zapytał.
„Wiesz co zjadłeś?”
Jedno z tych zdjęć to widok ze wzgórz Hollywood, gdzie Hank, wpatrzony trochę w dal, a bardziej w dekolt Karen, przeklinał dzień, w którym obiecał zabrać mnie na wycieczkę.
Pod Los Angeles domy wychodzą wprost na plażę, fala chlupie, a my w chałupie. Płonęły ognie. Mają tu maleńkie domki warte miliony dolców. Sto metrów za nimi błyszczy ulica pełna drogich sklepów, wznoszą się monumentalne schody hoteli. Druga setka w odwrotnym kierunku – księżyc i statek.
Po kolacji usiedliśmy przed domem. Ja, Charlie ze Smerfetką, sam Hank i dwie cizie, które przywlókł z likier store. Damskomęski przekładaniec, rozpaliliśmy ogień wprost na piasku. Obok, w wiadrze z lodem stały sobie butelczyny. Kieliszki. Szczapy trzaskały wesoło.
Niebo w Ameryce jest zupełnie inne. Gwiazdy bliżej. Gorące kulki kokoszą się, grzecznie robiąc miejsce dla przelatujących samolotów. Marcy podniosła się ciężko i zniknęła w domu. Miała suche oczy.
- Psiakrew – rzekł Charlie. Ogień odbijał się w jego łysej czaszce – Jesteś żonaty, Henry?
Zaprzeczyłem. Dodałem, że miałem kobiet i to sporo. Hank zarechotał i dalej coś klarował ciemnoskórej dziewczynie. Druga, o perłowej karnacji przysunęła się w moją stronę.
- Też niedobrze – stwierdził Charlie. Popytał chwilę co robię, jak żyję, a kiedy dowiedział się, że piszę, ale po polsku, a tłumaczeń nie ma, wzruszył ramionami, zatroskany chyba szczerze.









