Pojechaliśmy odwiedzić Lew Ashby’ego. Hank, poruszony nastrojem, spytał: „jak chciałbyś umrzeć?”
Niektórzy pragną, by kostucha przyszła nagle. Puk, puk, uśmiecha się trupia szczęka i mówi: „Oj, Heniu, ja tym razem nie po chomika”. Zawał, najlepiej we śnie. Cegła strącona z dachu. Kula zamachowca. Wielki wybuch. Znikam w wielkim obłoku strachu, ale bez żadnej myśli.
Hank ma łatwiej – jest bowiem przekonany, że nie umrze nigdy. I może mu się to udać.
Przesiedziałem kilka godzin myśląc wyłącznie o deportacji. Maglowali Hanka skąd mnie zna, maglowali i mnie – widać nie mogli uwierzyć, że ja znam jego. Klarowałem, tłumaczyłem, że zwyczajnie nie wiem, nie rozumiem, przyjechałem z Polski: Walensa, John Paul, Behemoth. Policjant, krępy śniady facet tylko kiwał głową i sprawdzał coś w swoim komputerku. Potem dali mnie na powrót do celi, gdzie też był meksykanin, tylko większy, z bokobrodami jak cała Amazonia.
Wczesnym popołudniem zjawił się Charlie i wytłumaczył wszystkim, łącznie ze mną, że to nieporozumienie. Następnie, wywlókł nas na słońce. Hank był pełen życia, bo wyspał się w celi.
-A teraz dowiesz się co to Babilon – powiedział. Pojechaliśmy do Hollywood.
To smutne miejsce gdzie nadzieja gaśnie, młodzi ludzie z deskorolkami, o wytatuowanych twarzach włóczą się od sklepu do knajpy, wbijają wzrok w gwiazdy, które tylko tutaj nie błyszczą na wysokościach, lecz tkwią matowe, wbite w deptak. Jadowite zęby producentów tylko czekają na łydki młodych zdolnych, dziewczyny ciągną kilometry fiuta z nadzieją na angaż do filmu. Aż zęby im wypadną od nadmiaru spermy.









