Przesiedziałem kilka godzin myśląc wyłącznie o deportacji. Maglowali Hanka skąd mnie zna, maglowali i mnie – widać nie mogli uwierzyć, że ja znam jego. Klarowałem, tłumaczyłem, że zwyczajnie nie wiem, nie rozumiem, przyjechałem z Polski: Walensa, John Paul, Behemoth. Policjant, krępy śniady facet tylko kiwał głową i sprawdzał coś w swoim komputerku. Potem dali mnie na powrót do celi, gdzie też był meksykanin, tylko większy, z bokobrodami jak cała Amazonia.
Wczesnym popołudniem zjawił się Charlie i wytłumaczył wszystkim, łącznie ze mną, że to nieporozumienie. Następnie, wywlókł nas na słońce. Hank był pełen życia, bo wyspał się w celi.
-A teraz dowiesz się co to Babilon – powiedział. Pojechaliśmy do Hollywood.
To smutne miejsce gdzie nadzieja gaśnie, młodzi ludzie z deskorolkami, o wytatuowanych twarzach włóczą się od sklepu do knajpy, wbijają wzrok w gwiazdy, które tylko tutaj nie błyszczą na wysokościach, lecz tkwią matowe, wbite w deptak. Jadowite zęby producentów tylko czekają na łydki młodych zdolnych, dziewczyny ciągną kilometry fiuta z nadzieją na angaż do filmu. Aż zęby im wypadną od nadmiaru spermy.
Potem wsiedliśmy w porsche z jednym światłem (po spotkaniu z hydrantem ani śladu) i Hank pomknął w górę, po wąskich, krętych drogach gdzie stoją domy Wszystkich Świętych Fabryki Snów. No może nie pomknął, tylko się posnuł, miał przecież zdrowo w czubie.
Rzeczywiście, im wyżej tym piękniej, mało oczy nie wyszły mi z orbit, w zamian – zwymiotowałem się.
Minęliśmy dom w stylu orientalnym, pełen kolumn, łuków i rozet. Skojarzył mi się miniaturą pałacu kalifa.
-Tu mieszka Omar Shariff – poinformował Hank.
Nieco dalej wznosiła się, czy raczej walała się na ziemi chałupinka wielkości wiejskiej wygódki: malutkie drzwiczki, okienko jak naparstek, za to wszystko kapiące od złota. I jeszcze basen-kałuża obok mikrofontanny.
-Masz dom Danny’ego de Vito – usłyszałem.
Kawałek dalej minęliśmy coś, co wyglądało na miks burdelu z podłą knajpą. Flaszki rozbite jako i okna, po podjeździe ganiała goła dziwka a za nią facet z siekierą. Klarowność obrazu psuł ogromny krzyż obok bramy wjazdowej oraz rozliczne pomniki świętych.
-Spadamy, stary – orzekł Hank. – Tu żyje Mel Gibson.
A potem poszliśmy na plażę, gdzie nie było jak parkować, chyba dwie godziny krążyliśmy w poszukiwaniu miejsca, a tam tylko auta zderzak w zderzak i hydranty. Wreszcie powlekliśmy się kawał drogi, każdy z piwem w papierowej torebce. Pacyfik lodowaty, piasek paskudny, żadnego słońca zza niskich chmur.
Aż nagle pojawiły się dwa, duże i małe, konstelacja piękna.
Karen i Becca.
Natychmiast zapomniałem o wszystkim: ciasny samolot, brak snu, wóda, Hollywoodzcy durnie, całe moje zasrane życie, dziwki i książki, wszystko co miałem stało się nagle, w jednej chwili malutkie i piękne. Karen jak wschód słonca, krew przyspiesza w żyłach od jednego jej spojrzenia.
I Becca, wściekłe, piękne dziecko.
Jej złość ma więcej dobra i ciepła niż miłość większości ludzi.
Boże, jaki jestem szczęśliwy.
Zdjęcie: Vlastula, udostępnione na licencji CC - oryginał Hollywood Sign.









