Fragment #1 | Bóg nas nienawidzi

Fragment #1

Hank Moody

Bóg nas nienawidzi

Fragment #1

Widziałem Sida i Nancy czternaście razy. W przeciwieństwie do tego, co sobie zapewne myślicie, nie jestem jakimś pierdolniętym fanem tego tytułu. Jasne, to świetny film, mniejsza o to, że przedstawiają tam Johnny’ego Rottena zupełnie na opak. To historia miłosna, która nie jest bzdurna, która pokazuje, jakie to wszystko głupie. Prawdziwa miłość, niemożliwa w naszym świecie, prowadzi jedynie do cierpienia.

Ale to nie dlatego oglądałem to czternaście razy. Widziałem to czternaście razy, bo to był jedyny film, jaki miała Daphne. Zwykle też byliśmy zbyt leniwi, najebani lub napaleni, żeby pójść do wypożyczalni.

– Kojarzy ci się z kimś, kogo znasz? – pytała mnie po każdej projekcji. Pytanie to powinno, nie ukrywajmy, podnosić wielką, czerwoną flagę, jako że (przepraszam, że zdradzam zakończenie) Sid ostatecznie zasztyletował Nancy w hotelu Chelsea.

Ale wtedy Daphne zaczynała śpiewać Leonarda Cohena:

Pozostaniesz w pamięci mej w hotelu Chelsea, gdzie byłaś taka odważna i słodka, i ta stłamszona kołdra, gdy podałaś mi loda…

Po tych słowach przestawała śpiewać i zaczynała odtwarzać powyższą scenę, jako że telewizor znajdował się wygodnie w sypialni. Na całe szczęście, w odróżnieniu od filmu i piosenki, wersja Daphne zawsze kończyła się szczęśliwie.

Rozmawialiśmy o zatrzymaniu się w hotelu Chelsea na, jak sądziłem, noc rozjebującego mózg seksu. Dopóki nie spróbowała mnie zabić. Tak czy siak, jestem chyba sobie tyle winny, by zobaczyć to miejsce.

– To ma być szybki numer – mówię do Skórzanych Gaci. – I niech ci przez głowę nie przejdzie, że to ma jakieś konotacje erotyczne. Mówię poważnie. Lepiej nie nastawiaj się, że mi tam obciągniesz druta.

Gość już zasuwa w dół ulicy.

– Wiesz, jak na dilera – krzyczy przez ramię – to jesteś ubrany jak prawdziwy dupek.

Hotel ma sto lat i wygląda na swój wiek. Z zewnątrz nie aż tak, ale w środku trwa ciągła wojna pomiędzy łataniem a rozkładem. Stawiając na rozkład, nie stracilibyście pieniędzy. Ale i tak czuję ukłucie w sercu, gdy wkraczam do znajomego lobby. Niemal każdy centymetr kwadratowy powierzchni ścian pokrywają obrazy, których rozmieszczenie i dobór pod względem wartości artystycznej wydają się zupełnie przypadkowe.

Idę za Skórzanymi Gaciami (które zdążyły przedstawić się jako Nate) ku windom, mijając recepcję. Facet w drogim swetrze, chyba kaszmirowym, spodniach w kancik i mokasynach z frędzlami przestaje myć podłogę i ogląda nas przez okulary, które ma powieszone na szyi. Nie wygląda na zachwyconego.

– Czołem Herman! – macha mu Nate, po czym wpada na spiralne schody. Przeskakuje po trzy stopnie. Sunę za nim, czując na plecach wzrok Hermana. Zatrzymujemy się dopiero na czwartym piętrze.

Nie wiem, czego się spodziewać. Pewno jakiejś punk–rockowej Menażerii. Łuszcząca się tapeta i zardzewiałe rury pasują do wystroju, ale korytarz jest cichy i pusty. Zauważam, że w ramach trzech Spotkań, już drugi raz łamię zakaz podążania za klientami do ich mieszkań. Może tam czekać na mnie policja. Albo, co gorsza, zaraz po przekroczeniu progu spuszczą mi wpierdol i okradną.

Nate kica w dół korytarza jak naćpany królik i staje jak wryty przed pokojem 411.

– Janis Joplin – mówi.

– Co proszę?

– To był apartament Janis.

Po czym otwiera drzwi, wysysając z powietrza cały strach i rozczarowanie.

Oto kulisy koncertu rokowego prosto z wyobrażeń napalonego nastolatka: puszki po piwie, na wpół wypite flaszki Jacka, na wpół ubrane rockowe nimfetki. Z jamnika w aneksie kuchennym daje Guns’n’Roses. Blondynka w topless buja się w rytm muzyki, siedząc na gościu, którego przygwoździła do sofy, hipnotyzując go widokiem piersi zbyt pięknych, by były prawdziwe. Jakiś Eurośmieć z goździkowym papierosem i w brązowej kurtce, która mogła być uszyta ze skór jelenich niemowląt, dopinguje dwie tańczące brunetki w elastycznych miniówach. Ich tyłki są tak wyrzeźbione, że powinny znaleźć się w muzeum. Dziewczyny kleją się do siebie w tańcu, przy którym lambada wyglądałaby jak polonez. Ta część mojego umysłu, która nie jest zajęta zwiedzaniem, zastanawia się, czemu nie widzę kształtu majtek.

– To ty? – dobiega mnie głos z sypialni. Odwracam się na czas, by dostrzec w drzwiach idealną kobiecą sylwetkę, wyciętą światłem słońca, niczym ożywiona blaszana pani z błotnika ciężarówki. W następnej chwili kobieta wchodzi do pokoju i z miejsca zapominam o ciężarówkach. Jej powieki wydają się o parę milimetrów bardziej rozszerzone, niż powinny być, co daje więcej miejsca oczom – radioaktywnie niebieskim, żywym i inteligentnym. Wydatne kości policzkowe, złagodzone przez poduszeczki ust i kaskady kasztanowych włosów opadające do łopatek. Ciało, którego kształty świadczyłyby o geniuszu chirurga plastycznego, gdyby nie były całkowicie naturalne. Kobieta ma na sobie koszulkę polo z rękawem za łokcie, białe majteczki i nic więcej. Spogląda na mnie pytająco.

– Nie jesteś Nate.

Nate jest po drugiej stronie pokoju, z Europejczykiem, który właśnie sięga po portfel.

– Nie – odpowiadam, zastanawiając się gorączkowo nad otwarciem. Zbyt wolno.

– To zamknij te cholerne drzwi.

Zanim zdążę wejść i zamknąć za sobą drzwi, Nate już całuje ją na powitanie.

– Mój aniołku – mówi, kręcąc nią niczym tancerz. – Zajmowałem się właśnie dogadzaniem twoim zboczeniom.

Przyciąga dziewczynę, wkłada jej studolarowy banknot za majtki i puszcza w moją stronę. Oboje orientujemy się jednocześnie (i z równym zażenowaniem), że to kasa dla mnie. Wyciągam pieniądze zza jej niewymownych, starając się ograniczyć kontakt wzrokowy do minimum.

– Moje zboczenia są przynajmniej naturalne – mówi dziewczyna. Sięgam do kieszeni i podaję jej torbę z ziołem.

– Nie przesadzaj, złotko – wskazuje ruchem brwi na kanapę. – Sztuczne też ma swój urok. No nie, Clem?

Gość na kanapie chyba potwierdza, ale jego odpowiedź zostaje stłumiona przez szczodre walory płatnicze blondynki.

– Świnia – odpowiada kasztanowłosa, po czym zabiera ziele do magicznej kryjówki, z której wyszła. Nate rusza za nią, szczerząc zęby. Zatrzymuje się tylko, by uderzyć mnie w ramię.

– Jesteś spoko – mówi. – Zostań, poimprezuj. Jestem pewny, że Kristof podzieli się z tobą.

Musi mieć na myśli dwie brunetki po drugiej stronie pokoju, które właśnie splatają języki w namiętnym pocałunku. Spoglądam na pager. Jest dopiero jedenasta rano.

– Muszę wracać do pracy.

– Cóż, to wpadnij, jak skończysz – mówi, zamykając za sobą drzwi od sypialni. – Tu impreza trwa non stop.

Jedna odpowiedź do wpisu “Fragment #1”

Zostaw odpowiedź

Spam Protection by WP-SpamFree Plugin