Fragment #2 | Bóg nas nienawidzi

Fragment #2

Hank Moody

Bóg nas nienawidzi

Fragment #2

Nie interesuje mnie powrót do trumny, którą nazywam domem, poza tym, kurwa, żal mi siebie. W takich chwilach nie ma nic lepszego, niż porządnie się upić. Na miejsce upicia wybieram moją meksykańską restaurację, bo jest pod ręką.

Właśnie wychylam pierwszą tequilę, gdy dociera do mnie, że nie mam pieniędzy. W kieszeni znajduję dziesiątaka, mój żywnościowy budżet na weekend. Dokonuję szybkich obliczeń. Racjonując pozostałości po tym, co przyniosła Tana, powinienem przetrwać do poniedziałku. Stać mnie zatem na trzy strzały i napiwek. Wystarczy, żeby się upić, ale nie, żeby najebać się tak, jak miałem zamiar.

Gdy trzeci kieliszek płonie mi w przełyku, wylewam już swoje żale barmanowi. Nazywa się Ernesto z Nikaragui i w tym momencie jest najmądrzejszym człowiekiem na ziemi.

– To co mi powiesz, Ernesto? Że jestem idiotą? Że miłość jest niemożliwa? Że jestem tylko głupim gringo, którego problemy nie są warte funta kłaków?

– Ach – Ernesto kiwa głową, niczym mędrzec. – Dios nos odia todos.

– Ładnie brzmi – słyszę z tyłu. To K. Wygląda, jakby niedawno płakała.

– Co to znaczy? – Moim zdaniem powiedział, że Bóg nas nienawidzi. Jestem prawie pewien, ale nie zapominajmy, że oblałem hiszpański. Wszystko gra?

– W porządku – odpowiada. – Naprawdę w porządku. Zerwałam z Nate’em. Właśnie złamałem serce swojej najlepszej przyjaciółce. Moja mama umiera w szpitalu, a tato zdradza ją z tlenioną blondynką. Ale muszę przygryźć górną wargę, by się nie uśmiechnąć.

– Cóż, niech pani siada. Właśnie trwa spotkanie Klubu Samotnych Serc.

– Słucham? – pyta. – Co ci jest?

Wprowadzam ją w całą sytuację i dodaję, że nie mam nawet za co się upić.

– Biedactwo – mówi. – Pozwól, że się tobą zajmę. Zamawiamy następną kolejkę u Ernesto, który zresztą wygląda na zadowolonego, że się od niego odczepiłem. Opowiadam K. o imprezie świątecznej i szpitalu. Ona opowiada mi, jak zerwała z Nate’em.

Za dwutygodniową sesję zdjęciową w Azji południowo- -wschodniej zaoferowano jej kwotę, którą określiła mianem „obscenicznej”. „Victoria’s Secret” zaczyna tam nową kampanię, a K., jak się okazuje, nadal posiada wiernych wyznawców wśród gorącokrwistych Azjatów. Supermodelka zamierzała jednak odrzucić ofertę. Fajnie byłoby dostać te pieniądze, ale nie potrzebowała ich; czy naprawdę chciała znów znosić samotność, choćby tylko przez dwa tygodnie? Ale gdy powiedziała o tej ofercie Nate’owi, gość się wystraszył. Korzystając z ferii zimowych Scotta Perkusisty, Venomous Iris miał zebrać się w studiu i nagrywać dopóty, dopóki album nie będzie gotowy. Nate upierał się, że potrzebuje wsparcia moralnego. Ale po jednym dniu w studiu zrozumiała, że jej zadanie ogranicza się do przypominania mu o potrzebie jedzenia pomiędzy jednym czesaniem heroiny a następnym, oraz uzupełniania zapasów tejże.

– Nie jestem pieprzoną dilerką – mówi.

– Dzięki – odpowiadam z należną dozą sarkazmu.

– Co innego ty – mówi. – Trawka to nie narkotyk. Jara się po to, żeby jakoś przetrwać. Tak czy siak, powiedział, że jeśli ja nie będę tego robić, to znajdzie sobie inną, posłuszniejszą szmatę. Może ona przynajmniej będzie potrafiła dobrze zrobić loda. Czujesz?

– Co za dupek – mówię.

– Co za dupek – potwierdza.

Godzinę później uprawiamy z K. seks w moim pokoju. Robimy to po pijaku i niezgrabnie, zresztą nie jestem do końca pewny, czy mi się to nie śni, dopóki rano nie znajduję jej obok siebie. Potem ona też się budzi i robimy to jeszcze raz, co pozwala mi niemal całkowicie wyleczyć się z kaca.

Rączka w rączkę idziemy do francuskiego bistro. K. nalega, żeby zapłacić za jajka Benedykta i Krwawe Mary. Przedstawia mnie kelnerowi jako kogoś, komu wszystko wychodzi dzięki fuksowi.

Zostaw odpowiedź

Spam Protection by WP-SpamFree Plugin