Nie wiem, ile ironii zawarł Hank Moody w tytule swojej książki.
„Bóg nas nienawidzi.”
Nie wiem też, ile ironii skrywał jego zasnuty alkoholem głos, kiedy zlecał mi jej polskie wydanie.
„Daję ci moje życie.”
Czasem sam nie mogę uwierzyć w niektóre historie, choć to przecież prawdziwe wspomnienia. Czasem muszę je spisać, co trochę pomaga, ale na krótko. Temu między innymi służy niniejszy blog. O tym, jak Hank dawał mi swoją książkę przeczytacie w tym wpisie.
„Obsyp mnie Kalifornią.”
O kulisach jej polskiego wydania – tutaj.
O kłótniach z Charliem, pozbawionym włosów i możliwości płodzenia potomstwa agentem Hanka, na razie nie przeczytacie, ale któregoś dnia o tym napiszę. Nie wszystkie nasze pomysły przypadły mu do gustu.
O czym jeszcze? O literaturze, kulturze i porannym kacu. O miłości w sensie związku dusz i (częściej) związku ciał. O tym, co się dookoła nas dzieje, jeśli będzie to warte uwagi.
O miłości w sensie związku dusz i (częściej) związku ciał. Hank też pisał bloga, choć szczerze nienawidzi takiej formy ekspresji. Mnie ona nie przeszkadza. Nie chodzi o to, żeby go kopiować – to przecież niemożliwe. Chodzi o to, żeby pokazać różnice w życiu pisarza tam, a pisarza tu. Jego kochanek tam, moich kochanek tu.
Polska nie jest Kalifornią.
Nigdy nie była, nigdy nie będzie. Był niedawno moment, kiedy nad kalifornijskie niebo nadciągnęły chmury, nie od nas, a od morza, pod postacią ciemnej plamy ropy. Był niedawno moment, kiedy Kalifornia była bliżej Polski.
A potem Bóg zesłał nam wielką wodę i znów jesteśmy daleko z przodu w tym wyścigu nieszczęść. Nie dogonią nas nigdy, oni książki Moody’ego czytają już od lat, my pierwszą przeczytamy dopiero we wrześniu. Wtedy w księgarniach pojawi się „Bóg nas nienawidzi”, a Wy na pewno dowiecie się o tym pierwsi.
Nie dogonią nas nigdy, przecież mają Hanka.
A Wy macie mnie.









